Arek Bednarski. Camino De Santiago. 30 lat w 30 dni

Książka napisana w ciągu 30 dni podczas pieszej wędrówki do Santiago de Compostela w 2021 r.

Wydana we własnym zakresie przez autora

W sprawie zakupu ebooka pisz: arek.vegetest@gmail.com 

 

Twoje Camino

Siedząc na ławce przed katedrą w Burgos, myślałem, że gdyby ktoś mnie w tym momencie zapytał, czy warto iść na pielgrzymkę do Santiago de Compostela, odpowiedziałbym: „Nie pytaj: »czy?«, zapytaj: »kiedy?«”. Camino powinno być obowiązkową drogą dla każdego człowieka. Nieważne, czy ani w co wierzy. Camino de Santiago to nie pielgrzymka zarezerwowana dla katolików lub chrześcijan. To Droga dla ludzi. To Droga, która pomaga zrozumieć siebie, ludzi, Boga i świat. To Droga, która nas zmienia – zawsze na lepszych. Myślisz o Camino? Nie myśli więcej, tylko ruszaj na swoje Camino, bo na pewno będzie tylko Twoim.

 

Fragmenty książki

Rozdział II “Pierwsze kroki”

15:45. Stawiam pierwszy krok na prawdziwym Camino!
Wreszcie! Tocząc się tyle dni przez kilka krajów, miałem czasem wrażenie, że już nigdy tu nie dotrę. Tym razem to nie są ćwiczenia, to prawdziwe Camino. Camino, po którym będę szedł przez miesiąc i które zaprowadzi mnie do Santiago de Comopstela. Kiedy dotarło do mnie to, jak długo czekałem na ten moment i jak długą i męczącą drogę pokonałem, zanim dane mi było wkroczyć na ten szlak, rozpłakałem się jak dziecko. To jest jak wejście w magiczny świat, który zna się tylko z książek, filmów, opowiadań i który zawsze wydawał się czymś dalekim i nieosiągalnym. Jak wymarzona chwila, na którą czeka się prawie całe życie i która w jednym momencie staje się rzeczywistością.

(…)

Mijam po drodze cmentarz, który przykuwa moją uwagę. Schodzę nieco ze szlaku, aby przyjrzeć mu się bliżej. Podchodzę do zamkniętej bramy, spoglądam przez stalowe pręty na groby i odmawiam krótką modlitwę za zmarłych. Po minucie znów wracam na szlak. Jednak wracając, spoglądam nawykowo w lewo i w prawo… Po lewej stronie dostrzegam leżącą na ziemi jakąś część garderoby. Na pewno nie było jej tu wcześniej. Przechodziłem tędy przed chwilą, więc na pewno bym ją zauważył.

Podchodzę bliżej i widzę, że to moja wiatrówka. Podnoszę ją z ziemi, a następnie zatrzymuję się, zdejmuję plecak i kładę go na ławce. Okazuje się, że dolna kieszeń plecaka otworzyła się i dlatego wiatrówka z niej wypadła. Następny w kolejce do zgubienia był śpiwór. Gdybym nie skręcił do tego cmentarza, tylko szedł dalej, być może nie miałbym pod czym spać w albergue, nie mówiąc o stracie wiatrówki, która okaże się potem jedną z najważniejszych części garderoby, jakie zabrałem ze sobą. Wiele razy uchroni mnie przed prawdziwym zimnem, którego nie spodziewałem się o tej porze roku w Hiszpanii.

Podobno na Camino zdarzają się cuda…

(…)

Do Pampeluny jest już całkiem blisko, ale zastanawiam się, czy jest sens wchodzić do centrum i szukać miejsca w albergue. Wolałbym już się zrelaksować, a szukanie noclegu w czasach, w których wiele tego typu obiektów jest zamkniętych, lub – jak się potem dowiem –część łóżek jest w nich wyłączona z użytkowania, może zająć sporo czasu. Pampeluna to całkiem duże miasto (ponad 200 tys. mieszkańców) i być może będę musiał przejść kolejnych kilka kilometrów w poszukiwaniu noclegu. Wyszukuję najbliższe albergue, posiłkując się polskim przewodnikiem i Google Maps. Znalazłem dwa, z których do centrum Pampeluny są niecałe trzy kilometry. Wybieram miejskie. Dodatkowo zachęca mnie napis na tablicy stojącej przy wejściu do miasteczka. To miejsce jest dla mnie stworzone.

W albergue prawie w ogóle nie ma pielgrzymów, dlatego w dużej sali jestem tylko ja i mężczyzna, który ewidentnie unika kontaktu, więc nawet nie próbuję z nim rozmawiać.

Biorę prysznic, robię szybkie pranie, rozwieszam rzeczy na sznurkach rozpiętych pomiędzy oknami i kładę się na łóżku. Mam ochotę zasnąć, ale jest jeszcze dosyć wcześnie i wiem, że trzeba jeszcze kupić coś do jedzenia, wszak w ciągu niecałych siedmiu godzin przeszedłem ponad 31 kilometrów i spaliłem 1566 kalorii. Biorąc pod uwagę fakt, że od rana zjadłem śniadanie, bagietkę i trzy batoniki oraz wypiłem trzy małe piwa oraz trzy litry wody, raczej wyjścia nie mam. Kłopot polega jedynie na tym, że najbliższy sklep znajduje się około 400 metrów stąd, a ja nie jestem w stanie się podnieść. Dopiero Agnieszka, dobry duch, wraz z Anetą, jej siostrą, motywują mnie na WhatsAppie do wstania i udania się do sklepu. Obolały i sflaczały człapię powoli przed siebie. Kupuję słoik zielonych szparagów, słoik gotowanej soczewicy, dwie sałaty rzymskie, bagietkę, banany i wino.

Podczas kolacji, którą jem sam, i jestem przekonany, że tak już pozostanie, do albergue wpada sportowa drużyna nastolatków i robi się głośno. Naprawdę głośno! Dodatkowo pod oknem pokoju, w którym mam spać, znajduje się restauracja, w której grupa ludzi stara się – mam takie wrażenie – przekrzyczeć drużynę nastolatków. Jest naprawdę, naprawdę głośno. Zaczynam się zastanawiać, czy będę w stanie zasnąć, bo stopery, chociaż tłumią dźwięk, nie wyciszają go całkowicie. Mija godzina 22:30 i nagle jakby ktoś wyłączył prąd – zapada całkowita cisza. Zasypiam. Bardzo zmęczony, ale szczęśliwy.

 

Rozdział III “Prawdziwe Camino”

Wychodzę z Pampeluny asfaltową ścieżką przylegającą do głównej drogi. Ścieżka jest pełna ludzi spacerujących, biegających i jadących na rowerach. Chwilami z trudem mijam się z nimi. Jest to trochę uciążliwe, ponieważ za każdym razem trzeba zakładać maseczkę, bo wszyscy Hiszpanie przestrzegają przepisów i noszą maseczki na zewnątrz. Mijam miasteczko i kieruję się ku polom. Przede mną, daleko na horyzoncie, majaczą wiatraki i gdzieś pomiędzy nimi najważniejszy cel pośredni tego dnia i jeden z symboli Camino: Monumento Peregrino na szczycie Alto de Pedron – Szczycie Przebaczenia.

Kiedyś wierzono, że nawet jeżeli pielgrzym nie dotrze do Santiago de Compostela i skończy swoją podróż na Alto de Pedron, i tak zostaną mu odpuszczone grzechy. Staram się dostrzec pomnik, ale z tej odległości nieuzbrojone oko w zasadzie nie jest w stanie go zauważyć. Uruchamiam 50-krotny zoom w moim telefonie i mimo słabej jakości obrazu pomiędzy wiatrakami widzę rysujące się kształty, które przypominają ów pomnik. Czyżby to właśnie ten, ku któremu dzisiaj zmierzam?

Słońce praży niemiłosiernie i odczuwam to coraz bardziej, gdy wchodzę na ścieżkę prowadzącą na szczyt. Ufam jednak, że droga będzie łagodna, bowiem tak jest napisane w przewodniku. W rzeczywistości wspinam się w sporym upale i krok za krokiem jest mi coraz trudniej, a szelki plecaka wrzynają się w ramiona. Ani nie jestem kulturystą, ani nie należę do osób otyłych, dlatego moje wystające kości obojczykowe silnie odczuwają nacisk szelek plecaka.

Po sześciu kilometrach docieram do etapu pośredniego. Jest nim wioska, w której miała być woda, ale kranik okazał się zamknięty. Nie wygląda to dobrze, biorąc pod uwagę fakt, że mam tylko pół butelki wody. Widzę sklep, a przed nim stand z wizualizacją i cenami lodów. Jest sorbet sandía, czyli lodowa imitacja arbuza. Znam go z Polski, bowiem to produkt globalnej korporacji, i wiem, że to tylko zwykła mieszanka wody z cukrem, barwnikami i być może śladowymi ilościami soku owocowego. To nie jest zdrowy produkt. Ale w tej chwili mam to gdzieś. Potrzebuję byle jakiej energii i nawilżenia. A taki sorbet w sytuacji, gdy brakuje wody, jest świetnym rozwiązaniem. Chwytam za klamkę i… niespodzianka.

Zapomniałem, że jestem w Hiszpanii, gdzie od godziny 13:00 zaczyna się sjesta. Patrzę na zegarek – jest 12:57, co oznacza, że sklep został zamknięty kilka, a co bardziej prawdopodobne, kilkanaście minut wcześniej. Idę dalej, upijając kilka łyków wody, które mi pozostały w butelce. Po drodze dopada mnie kryzys – mam dość. Czy mam jednak inną możliwość, niż iść dalej? Znów uruchamiam zoom, robię zdjęcie i dostrzegam pomnik pielgrzymów. Teraz jest dobrze widoczny, ale to wciąż bardzo daleko. Synergiczne działanie bólu pleców i obojczyków, zmęczenia, słońca i pragnienia daje się mocno we znaki.

(…)

W końcu docieram do Puente la Reina i pokonuję kolejne dwa kilometry w poszukiwaniu albergue. Okazuje się, że to, które sobie wcześniej upatrzyłem w przewodniku, jest zamknięte. Dowiaduję się o tym w restauracji, która jest jego częścią. Właściciel wyjaśnia mi, że w Puente la Reina są otwarte tylko dwa albergue dla pielgrzymów, przy czym jedno to Albergue de los Padres Reparadores, czyli Ojców Redemptorystów.

Nazwa nie budzi we mnie pozytywnych skojarzeń, ale miejsce okazuje się całkiem przyzwoite. Poznaję, że jest to noclegownia, którą mijałem wcześniej, wchodząc do miasteczka. Jest tanio, wręcz szokująco tanio. Jedynie 7 euro! Decyduję się zostać. Biorę prysznic, piorę rzeczy, które wieszam na specjalnie przygotowanych linkach (przydały się klamerki wzięte z domu) i wychodzę do miasteczka w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Robię jeszcze tylko, nie wiedzieć dlaczego, zdjęcie ceny nalepionej na drzwiach i kieruję się ku centrum miejscowości.

Po chwili niemal wpadam na wychodzącą z albergue atrakcyjną, szczupłą i wysoką blondynkę. Zwyczajowo mówię do niej: „Hola. Buenas tardes”. Słyszę w odpowiedzi to samo. Pytam, czy pielgrzymuje do Santiago. Spodziewam się co prawda innej odpowiedzi, ale słyszę, że tak. Ona?! Zapewne robię ze zdziwienia duże oczy, bo dziewczyna się uśmiecha. Zdecydowanie nie pasuje do wizerunku typowego pielgrzyma. Wygląda raczej jak modelka, o czym nie omieszkam jej powiedzieć. Pytam po hiszpańsku, skąd jest.

Odpowiada z lekko twardym akcentem, że ma na imię Maria, jest Austriaczką i od czterech lat mieszka w Barcelonie. Zaskakuje mnie jej nieco archaiczne imię. Jeżeli noszą je młode osoby, to raczej te z krajów południowych, a nie z Austrii. Teraz ona pyta mnie, skąd pochodzę i gdzie się wybieram. Mówię, że jestem z Polski i właśnie idę kupić coś do jedzenia. Wyjaśniam jej, że w moim przypadku nie ma sensu iść do restauracji, ponieważ jestem weganinem i raczej nie będę miał zbyt dużego wyboru dań.

Jej reakcja jest spontaniczna. Okazuje się, że ona również od kilku miesięcy żywi się jedynie produktami roślinnymi. Zaczynamy rozmawiać. Po kilku minutach mam wrażenie, jakbyśmy znali się od wielu lat. Wchodzimy do małego sklepiku i patrząc na półki, zastanawiamy się, co kupić. Właścicielka sklepu podchodzi do nas i pyta, czego szukamy. Gdy odpowiadamy, zaprasza nas w głąb sklepu i zaczyna wykładać na zamrażarkę produkty dla wegan. Jestem zaskoczony tym, jak ogromny wybór produktów wegańskich można znaleźć w niewielkim sklepiku, w małej miejscowości w Nawarze.

Wybieramy kilka produktów na kolację i kilka na jutrzejsze śniadanie. Wracamy do albergue i jedząc posiłek, rozmawiamy. Dawno nie spotkałem osoby, z którą od pierwszego zdania tak dobrze by mi się dyskutowało. Przez ponad godzinę nie zamykają nam się usta. Umawiamy się, że jutro o 7:00 wchodzimy na kolejny etap razem. Cieszy mnie ta perspektywa, bo czytałem i słyszałem o tym, że ludzie poznają się na Camino i idą razem przez wiele dni. Wygląda na to, że jutro nie będę szedł sam do Estelli.

KUP TERAZ

Rozdział IV “Nowy etap”

Dochodzimy do miasteczka, w którym chcieliśmy zjeść śniadanie, ale nie mamy możliwości, ponieważ o tej porze wszystko jest wciąż zamknięte. Ruszamy zatem dalej. Za miasteczkiem trafiamy na znak „Santiago 675 km”. To oznacza, przeszedłem już 115 kilometrów. Jak to możliwe? Z Roncesvalles do miejsca, w którym się znajdujemy, jest mniej niż 70 kilometrów. Nie chcę się czepiać, ale… Można się pomylić o 2, 3 kilometry, ale 40?! Potem zrozumiem, że rozmieszczone na całym Camino informacje na temat odległości do Santiago de Compostela są raczej umowne. W końcu jesteśmy w Hiszpanii 😉

W końcu w miejscowości Lorca znajdujemy sklep z żywnością ekologiczną, w którym serwują kawę z mlekiem owsianym. Gdy się o tym dowiaduję, wychodzę na zewnątrz i mówię do siedzącej na ławce Marii: „Masz farta, moja droga. Mają mleko owsiane”. Kiedy widzę jej minę, dociera do mnie, że zamiast po angielsku lub hiszpańsku, odezwałem się do niej po… polsku. To daje mi do myślenia… Jednakże uczucie, które pojawia się zaraz potem, jest bardzo dziwne. Czuję się tak, jakbym po chwili pobytu na ziemi ponownie wszedł do fabularnej fikcji filmowej. Natychmiast pojawia się skojarzenie z Purpurową różą z KairuWoody’ego Allena.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że sklep znajduje się w miejscowość liczącej 131 mieszkańców!

Rozkładamy prowiant, kupujemy kawę i rozkoszujemy się atmosferą miejsca. W zbiorniku z wodą przypominającym fontannę przepłukuję swój T-shirt i wieszam go na ławce. Zanim wyruszymy dalej, będzie całkowicie suchy. Potem będę robił tak zawsze, gdy tylko będą na to pozwalały warunki atmosferyczne. dzięki temu będę przez całą drogę czuł się świeżo.

Siedzimy w cieniu, jemy śniadanie, pijemy kawę i naprawdę jest mi dobrze. To jest właśnie ta chwila, którą chciałoby się zatrzymać na dłużej. Jednak czas płynie nieubłaganie i powoli zaczynają się schodzić inni pielgrzymi. Robi się mały piknik. Po około 40 minutach stwierdzamy zgodnie, że warto ruszać dalej, mimo że przed nami już tylko niecałe 9 kilometrów marszu. Wymieniamy z innymi pielgrzymami uprzejmości i idziemy.

Przez całą dalszą drogę nie zamykamy ust. Wciąż rozmawiamy. Oczywiście widać między nami przepaść pokoleniową. Maria opuściła rodzinną wioskę w wieku 18 lat i wyjechała do New Jersey, gdzie pracowała i mieszkała przez trzy lata. Następnie przeprowadziła się do Barcelony, gdzie mieszka od czterech lat. Chętnie mówi o sobie, o swoich pomysłach, trudnych wyborach i planach na przyszłość, które wciąż ma niesprecyzowane. Chce odnaleźć sens i określić swoje cele zawodowe, dlatego wybrała się na Camino – w nadziei, że tutaj to znajdzie. Podobnie jak ja i wielu innych pielgrzymujących szuka odpowiedzi na wiele ważnych pytań.

Rozmawiamy o odżywianiu i o ludziach, ich niechęci do zmiany i zamknięciu na logiczne uzasadnienia. Padają ciekawe stwierdzenia i wnioski. Bardzo mnie cieszy, że młodzi ludzie potrafią się wyrwać z okowów skostniałego myślenia o świecie poprzednich pokoleń. Widzę, że takich ludzi jest coraz więcej. To budzi nadzieję, że może jednak pozytywne zmiany, które zachodzą w sposobie myślenia ludzi, staną się pewnego dnia powszechnym standardem.

Droga mija nam bardzo szybko. Przeszliśmy co prawda tylko 22 kilometry, ale jestem pewien, że gdyby to były 32 kilometry, czas minąłby nam równie prędko. Zwracam uwagę na to, że mimo iż wciąż odczuwam ból pleców i obojczyków, towarzystwo Marii i ciekawa rozmowa sprawiają, że mniej zwracam na nie uwagę. Czy to nie jest tak, że gdy idziemy przez życie samotnie, ból, który odczuwamy, jest trudniejszy do zniesienia niż wtedy, gdy idziemy z kimś? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Być może dlatego, że mam inne doświadczenia życiowe.

(…)

Jest godzina 21:45. Leżę w łóżku i kończę opisywać ten dzień. Maria, którą namówiłem do obejrzenia Drogi życia z 2010 roku, ogląda właśnie teraz ten film na swoim iPhonie. Dzień powoli się kończy. Kto by pomyślał, że idąc dwa dni zupełnie sam i prawie w ogóle nie spotykając pielgrzymów, poznam bratnią duszę, z którą mimo znacznej różnicy wieku, tak dobrze się zrozumiemy. To nie jest moje pierwsze doświadczenie, które pokazuje jednoznacznie, że nigdy nie można oczekiwać tego, co spotka nas jutro, na podstawie tego, co spotykało nas do tej pory. Później zwątpię w prawdziwość tego twierdzenia, jednak summa summarum okaże się ono prawdą. Ale to będzie znacznie, znacznie później, bo Camino to Camino.

Leżąc w łóżku, zastanawiam się przed zaśnięciem się:

Co by było, gdybym poleciał do Bayonne 8 czerwca, tak jak miałem w planach?

Co by było, gdyby nie opóźnił nam się załadunek i wyjazd z Polski?

Co by było, gdybym wyruszył z Francji?

Co by było, gdybym wychodząc z albergue w Puente la Reina, nie zrobił nie wiadomo po co zdjęcia naklejonej na drzwiach ceny?

Nawet jeżeli nie wierzy się w praznaczenie, to odpowiedź nasuwa się tylko jedna: może tak musiało być? Może wszystko tak dziwnie się układało, żebym spotkał Marię? Tylko po co? Jaki to ma sens? Od tej chwili będę częściej zadawał sobie to pytanie. A o tym, że wszystko układa się tak, aby zaistniały pewne zdarzenia, będę mógł się przekonać jeszcze nie raz podczas całego Camino. Właśnie kończy się (dopiero) czwarty dzień mojej pielgrzymki.

Jeżeli ma się na imię Arek i idzie się do Los Arcos, to droga musi być dobra 😉 Rano wyruszamy z Marią o 7:20. Po drodze kupuję kawę i bagietkę. Czas goni, więc jem śniadanie, idąc. Ot, takie śniadanie pielgrzyma, które jeszcze nie raz będę spożywał. W plastikowej siatce niosę resztki wczorajszych zakupów. Na pewno zjemy je po drodze.

 

Rozdział V “Compostela Choir”

Tym, co najbardziej zaskoczy mnie i moich znajomych w moim zachowaniu po powrocie z Camino, będzie brak krytyki i narzekania. Czyli tego tak bardzo typowego zachowania, które charakteryzuje wbrew pozorom nie tylko nasze społeczeństwo.

Tutaj, na Camino, rozmawia się o swoich talentach, zainteresowaniach i pasjach. O swoich marzeniach, planach i celach. O swojej pracy, rodzinie i wartościach, którymi kierujemy się w życiu. Rozmawiamy także o tym, co udało nam się poznać i odkryć podczas wędrówki na Camino. Bardzo rzadko zdarza się nam oceniać lub krytykować innych ludzi i ich zachowanie. Na tyle rzadko, że nie będę sobie w stanie tych sytuacji przypomnieć.

W pewnym momencie stwierdzam, że choć jest przyjemnie i ciepło, a wypicie jeszcze jednego zimnego piwa byłoby sporą przyjemnością, to trzeba ruszać w dalszą drogę. Zmieniam długie spodnie na krótkie i ruszam w drogę sam, zostawiając Marię i Jake’a w barze. Czuję się fantastycznie. To kolejny poziom odczuwania i przeżywania życia, głębszy od tego sprzed kilku dni. Mam wrażenie, jakbym się oczyszczał. Idę sam pośród pół i łąk. Żadnych samochodów, ryczących motocykli, kosiarek do trawy, dudniącej muzyki i rozmawiających ludzi. Nie przypominam sobie, kiedy w swoim życiu (zapewne nigdy) byłem na takim pustkowiu. Jak okiem sięgnąć nie ma nikogo, ani żywej duszy. Jesteśmy tylko przyroda i ja. Jedyny dźwięk, jaki dochodzi do moich uszu, to świergot ptaków. Nic poza tym. Są chwile i rzeczy, których nie da się opisać słowami. Trzeba je po prostu przeżyć. I to jest właśnie taka chwila.

Po kilkudziesięciu minutach samotnej wędrówki i obcowania z przyrodą zachodzi we mnie coś, co obecnie nazywa się resetem umysłu. Włączam więc Spotify i znów słucham hiszpańskich piosenek. Są w nich słońce, przestrzeń, swoboda i radość, które tak doskonale wpisują się w miejsce, w którym jestem, i w to, co czuję. Nigdy nie czułem się tak wspaniale i dziwnie jednocześnie. Jak to dobrze, że mogę być tu i teraz zupełnie, zupełnie sam. Mam wrażenie oczyszczenia – jakbym wyrzucał coś złego i starego ze swojego wnętrza. Do tego, co przeżywam idealnie pasują słowa piosenki Juanlu Montoyi Ser feliz, której właśnie w tej chwili słucham.

Ser feliz es lo que queiro.
Ser feliz no esta de mas.
Soy feliz por lo que he hecho.
Asi me puedo sacar la espinita de mi pecho
[1].

Uczę się słów piosenki i idę, śpiewając na cały głos wraz z Juanlu Montoyą. Nikt mnie tutaj nie usłyszy. Nikt mnie tutaj nie widzi. Jestem sam, a jednocześnie nie czuję się samotny. Czuję się wypełniony po brzegi szczęściem i radością, których nigdy z tak ogromną intensywnością nie zaznałem. Płaczę, śmieję się i krzyczę jak szalony. Tego chyba nie byłbym w stanie przeżyć nigdzie indziej, tylko na Camino de Santiago. Jak widać, na Camino nie czekają na pielgrzymów tylko trudy i cierpienie. I bardzo dobrze, bo tak powinno być. Życie to nie cierpienie, mimo że wielu chce nam to wmówić – po to, aby nas zastraszyć i zdobyć nad nami władzę. Niestety, mimo wciąż (podobno) rosnącej świadomości społeczeństw nadal całkiem dobrze im się to udaje.

W końcu, po 23 kilometrach samotnego marszu, docieram do Belorado. Spotykam Billa i wspólnie szukamy albergue, które Bill wcześniej zarezerwował. Jednak właśnie to okazuje się zamknięte, o czym przez telefon informuje mnie właściciel w sposób, którego nie mogę nazwać uprzejmym. Bill jest zaskoczony, bo mimo swoich 65 lat z czymś takim jeszcze się nie spotkał. Stwierdzamy, że nie ma co za bardzo nad tym utyskiwać, i idziemy dalej.

[1] Ser feliz es lo que queiro… (hiszp.) – Wszystko, czego pragnę, to być szczęśliwym. Być szczęśliwym to nie aż tak wiele. Cieszę się z tego, co zrobiłem, bo tylko tak mogę usunąć cierń z mojej piersi.

(…)

Resztę wieczoru spędzamy w jadalni na dole, śpiewając razem piosenki. Są Arianna, Camille, Iris, Maria, Jake, Libor, Manu i ja. I to jest oficjalny początek grupy zwanej Compostela Choir. Poznajemy też Duńczyka, który kiedyś wybrał się na Camino i na nim pozostał. Niektóre przewodniki opisują takie osoby. Zazwyczaj tylko się o nich czyta lub słyszy, ale niewiele osób je spotyka, pomijając oczywiście zwykłych cwaniaków, naciągaczy i oszustów, których podobno w szczycie sezonu (lipiec – wrzesień) nie brakuje.

Duńczyk, którego imienia w ferworze zamieszania tego popołudnia i wieczoru nie zapamiętałem, żyje na łasce innych ludzi. W albergue go znają, więc często oferują darmowe spanie, pielgrzymi dają mu pieniądze, jedzenie, a nawet swoje ubrania. I tak jakoś żyje od pewnego czasu. Od jakiego – nie sprecyzował. Ktoś zauważa, że na winie, które kupiliśmy od właścicielki albergue, znajduje się podobizna Duńczyka. Pytamy, czy ma z tym coś wspólnego. Śmieje się i mówi, że zna to wino, ale pomimo zbieżności wizerunku przedstawionego na etykiecie z jego twarzą nie ma niestety z nim nic wspólnego.

– Gdyby to było moje wino, na pewno bym tutaj nie siedział – dodaje.

Tak oto mieliśmy możliwość spotkania jednej z legend dróg św. Jakuba. Cuda się zdarzają na Camino!

 

W sprawie zakupu ebooka pisz: arek.vegetest@gmail.com 

Rozdział VI “Zgasło światło”

Po drodze spotykam kobietę mniej więcej w moim wieku. A ponieważ na Camino nic nie dzieje się przypadkowo, więc zapewne także i ta znajomość ma mnie czegoś nauczyć. Kobieta – nie przedstawiliśmy się sobie, więc nie znam jej imienia – jest z pochodzenia Rosjanką, ale od 24 lat mieszka w Hiszpanii, gdzie wyszła za mąż. Gdy mówię jej, że uczyłem się w szkole języka rosyjskiego, przechodzi z hiszpańskiego na swój język narodowy. Przez kilka minut mam problem z rozumieniem i mówieniem, ale już po kilkunastu minutach rozmawiamy swobodniej.

Podobno język ma tę właściwość, że się go nie zapomina – to, czego się nauczyliśmy, pozostaje w nas. Jak się okazuje, dotyczy to nie tylko języka, ale także przekonań i sposobu myślenia. Wszystko, co kobieta do mnie mówi, mógłbym streścić trzema słowami: jedno wielkie narzekanie. A to praca nie taka, a to mąż zły, a to miejsce, w którym mieszka, jej nie odpowiada, a to Rosjanie są tacy i tacy, a Hiszpanie tacy i tacy. Kobieta nie ma zbyt wiele siły, żeby pielgrzymować, ale idzie, a z tego, co mówi, wynika, że w zasadzie bez konkretnego powodu… Po około godzinie wspólnego marszu postanawia trochę odpocząć. Dla mnie to zbyt krótki dystans, żeby odpoczywać, więc zostawiam ją i idę dalej sam.

Idąc zastanawiam się nad ostatnią godziną, którą spędziłem w towarzystwie Rosjanki. Dostrzegam, jak bardzo te dwa tygodnie zmieniły moje życie. Ocenianie, sądzenie, narzekanie, skupianie się na negatywnych stronach życia to nasza powszedniość. Tutaj tego nie ma. Nie przypominam sobie, abym przez te 14 dni słyszał choćby jedno słowo narzekania. Nawet nasze rozmowy z Marią na temat weganizmu i tego, jak strasznie ludzkość traktuje niewinne stworzenia, nie były próbami osądzania ani krytykowania, tylko raczej poszukiwaniem sposobów wpłynięcia na ludzi, ich światopogląd i zwyczaje. Nie słyszałem również narzekania z ust innych osób. Nie skarżyli się nawet ci ludzie, którzy cierpieli ból. A ci, którzy musieli jeść wegańską paellę, byli raczej zaskoczeni.

Dlaczego nie możemy tak żyć na co dzień? Czy faktycznie musimy sobie wzajemnie serwować piekło na ziemi? Czasami wręcz na siłę. Musimy postawić na swoim, nawet wtedy, gdy nie mamy racji? I co nam to daje? Poczucie wygranej? Poczucie bycia lepszym, silniejszym, cwańszym, bardziej przebiegłym? Wolimy być wkurwieni, ale z poczuciem wygranej. A czym jest wygrana? Nie traktujemy przypadkiem życia jak zawodów sportowych?

Nie mieliśmy żadnego udziału w tym, że pojawiliśmy się na tym świecie. Jesteśmy tutaj dzięki zbiegowi okoliczności, a szybko zapominamy, jak bardzo kruchymi istotami jesteśmy i jak szybko przemijamy. Nasze istnienie i jakość naszego życia zależą od wielu czynników, z których nie zdajemy sobie sprawy. Zamknięci w domach, biurowcach i samochodach, czujemy się panami świata, a nie jesteśmy nawet drobnymi pyłkami w kosmosie. Chociaż wydaje nam się, że jesteśmy istotami myślącymi, tak naprawdę jesteśmy bezmyślną zgrają, która niszczy wszystko dookoła, żeby zmienić świat na swoją modłę.

Jakoś nie dociera do nas, że ta piękna planeta z całym jej ekosystemem nie jest na nasze usługi, tylko mamy przywilej zamieszkiwania jej. Może powinniśmy to wreszcie zrozumieć i się ogarnąć?! Powinniśmy żyć bardziej świadomie – bowiem to, że mamy świadomość, nie oznacza, że żyjemy świadomie. Zaś ciągłe ocenianie, osądzanie, krytykowanie i zwalanie winy na innych nie prowadzi do rozwoju świadomości, ponieważ każe nam się skupiać na błahostkach. Na błahostkach, które sprawiają, że nie widzimy skali problemów, jakie tworzymy na Ziemi. „A co to mnie odchodzi. Spójrz na siebie, jaki jesteś” – w ten sposób łatwo pozbywamy się odpowiedzialności za siebie, za swoje myśli i czyny. „Ale mu dopiekłem”. I co z tego, że mu dopiekłeś? To ci wystarczy, aby poczuć, że jesteś człowiekiem?

Camino uświadamia, że życie może być prostsze i lepsze. Nie unikniemy problemów, ale lepiej jest je rozwiązywać, niż wciąż o nich mówić i narzekać. Im mniej narzekamy i im bardziej stajemy się otwarci i komunikatywni, tym więcej właściwych ludzi przyciągamy. Ludzi, z którymi możemy iść przez życie i wieść je tak, jak powinniśmy. Naprawdę można nie oceniać, nie osądzać, nie krytykować ani nie narzekać. Naprawdę można!

Kolejne kilkanaście kilometrów pokonuję w słońcu prostą drogą. Z każdym kilometrem mam coraz większą ochotę zatrzymać się i usiąść w jakimś barze. Czegoś się napić i coś zjeść. Ale wokół jest tylko pustkowie.

 

(…)

Na gronze.com przeglądam informacje o albergue. Są dwa w sensownej cenie: 5 i 6 euro. Albergue de peregrinos de la Santa Cruz kosztuje jedno euro drożej, ale ma aż 34 opinie i wszystkie są pozytywne. Z kolei albergue de peregrinos de Cluny za 5 euro ma mniej więcej tyle samo pozytywnych, co negatywnych opinii. Wybieram więc to pierwsze. Wolę dopłacić kilka złotych, niż się męczyć. Tym bardziej że różnica jest marginalna.

Ustawiam więc nawigację i nagle stwierdzam z lekkim przerażeniem, że w telefonie pozostało mi tylko 11% baterii. Padnie czy nie padnie? Zdążę dojść do albergue czy będę musiał wałęsać się po Sahagún w poszukiwaniu noclegu? Teraz jestem na siebie trochę zły, że dałem się przekonać do zakupu samsunga galaxy note’a. Gdybym miał ze sobą swój poprzedni telefon, huawei mate 20 pro, nie miałbym żadnych problemów i szedłbym sobie teraz na luzie, bo na pewno miałby jeszcze spory zapas energii. Ale co tam jakość i funkcjonalność, liczy się polityka. Nawet nie chce mi się o tym myśleć.

Przyspieszam, żeby wyprzedzić znikającą w oczach baterię. Wchodzę do centrum i idę w kierunku albergue, które – jak pokazuje nawigacja – powinno się pojawić za niecały kilometr. Zaraz po tym, jak skręciłem w prawo, w ulicę, która wiedzie do albergue, spoglądam na telefon. I nagle bum! Stała się ciemność… Wyświetlacz stał się na tyle ciemny, że w słońcu niczego nie mogę zobaczyć. Staram się po omacku przywrócić pełną jasność ekranu, zanim bateria zupełnie padnie i telefon się wyłączy. Pomimo kilku prób nie udaje mi się to. Nachylanie się nad ekranem i zasłanianie go ciałem niewiele daje. Słońce świeci wyjątkowo ostro.

Teoretycznie mógłbym poszukać jakiegoś sklepu lub baru i tam rozjaśnić ekran lub podłączyć ładowarkę. Jednak dwa sklepy i jeden bar, które znajdują się w odległości kilkudziesięciu metrów ode mnie, są zamknięte. A na łażenie w poszukiwaniu czegoś otwartego nie mam ani ochoty, ani siły. Tym bardziej że w Hiszpanii o tej porze szukanie otwartych tego typu miejsc jest loterią.

W pewnym momencie zauważam, że znajduję się pięć metrów od wejścia do albergue. Którego? No cóż, jak się już wali, to się wali wszystko. Jestem przed wejściem do tańszego i niezbyt dobrze ocenianego albergue de peregrinos de Cluny. Opadają mi ręce, ale być może tak miało być. Wchodzę do środka i podchodzę do okienka. I zaczyna się… Ale po kolei, by nic mi nie umknęło z tego doświadczenia, które zapadnie mi w pamięć na całe życie.

Rozdział VII “Inne Camino”

Na drugi dzień budzę się niewyspany, jednak szybko staję na nogi, bo przede mną kolejny etap i ociąganie się nie ma sensu. Sprawdzam, w jakim stanie jest moje ścięgno. Okazuje się, że po bólu nie ma śladu. Oto kolejna korzyść z odżywiania się roślinkami, którego tak bardzo boi się wiele osób. Ciekawe, ile lat jeszcze musi minąć i kto odważy się przeprowadzić i opublikować badania, które wreszcie ponad wszelką wątpliwość potwierdzą, że odżywianie produktami pochodzenia zwierzęcego jest pierwszą i najważniejszą przyczyną wszelkich chorób?

Schodzę na dół po pranie, które łatwo znaleźć, bo prawie wszyscy już wyszli. Pranie okazuje się mokre. No świetnie! Tego jeszcze nie przerabiałem. Wychodzę o 7:50 i od razu rozumiem, że pranie nie mogło wyschnąć, bo na zewnątrz jest zimno, a wilgotność wynosi 100% – w powietrzu wiszą drobniutkie kropelki wody. Niechcący wchodzę na trasę alternatywną, która należy do wielu tego typu tras w Galicji. Droga pnie się cały czas w górę. Im wyżej i dalej, tym bardziej robi się zimno i wzmaga się wiatr. Droga nie rozpieszcza, ale bez wątpienia jest piękna.

W sumie przebywam tylko sto metrów więcej w linii prostej, ale biorąc pod uwagę mozolne wspinanie się pod górę, różnice w czasie przejścia i liczbie spalonych kalorii są wyraźne.

(…)

Po około pięciu kilometrach zatrzymuję się w jednym z barów. Szybko wypijam filiżankę kawy i ruszam dalej. Zaczyna robić się ciepło. Tego mi potrzeba. Kilka kilometrów dalej wyrasta przede mną bar w albergue Poio. Po krótkim wewnętrznym dialogu idę dalej. Ale po raz kolejny odpala się w mojego głowie kotwica: „Stop! Tu ci się podoba, więc tu zostań i nie kombinuj”. Skoro coś mnie tu przyciągnęło i zwróciło moją uwagę, to powinienem wrócić. Wracam i wchodzę od baru.

Chcę zamówić coś do jedzenia, ale nie ma nic odpowiedniego dla mnie, więc kończy się na piwie, daktylach i orzeszkach arachidowych, czyli moim caminowym standardzie. Rozkoszuję się zimnym piwem podawanym w zamrożonym kuflu (standard, który do Polski jeszcze chyba nie dotarł), przegryzam orzeszki i rozmawiam przez telefon z Agnieszką. Poznaję także trzech przemiłych mężczyzn, którzy idą Camino wraz z pieskiem o imieniu Sebastian. Podchodzę od niego i głaszczę. Nazywam go Sebastian el Peregrino. Spotkam go na drodze jeszcze kilka razy.

Moją rozmowę przez telefon słyszy para z Polski, która podchodzi do mnie, gdy wstaję od stolika i zakładam plecak.

– Pan jest z Polski? – zaczynają rozmowę. Skończy się ona dwie i pół godziny później w barze, w którym zatrzymam się na lunch.

Kolejny przypadek? Gdybym posłuchał swojego upierdliwego, podważającego zasadę „pierwszy wybór najlepszy” umysłu, nie spotkałbym ich. Po raz kolejny (który to już raz?) Camino daje do myślenia. Naprawdę w naszym życiu jest aż tak wiele przypadków, zbiegów okoliczności – i to my nadajemy im sens? A tak naprawdę liczą się racjonalne, przemyślane wybory? Szekspir, Mozart, Waszyngton, Picasso, Ghandi, Matka Teresa, Gates, Jobs, Zuckerberg i wielu innych to ludzie, którzy dokonali świadomego wyboru czy raczej poszli za jakimś wewnętrznym głosem?

Polacy opowiadają swoją historię. Wyruszyli z kraju autostopem, z nadzieją dotarcia na Camino w ciągu trzech – czterech dni, a zajęło im to dni dziesięć. Wygląda więc na to, że moje cztery doby spędzone w ciężarówce były całkiem komfortowym sposobem dotarcia na do punktu startu. Teraz muszą nadganiać stracone dni, żeby na czas zdążyć do Santiago, a to się wiąże z pokonaniem w każdym dniu ponad 40 kilometrów.

Mijając coraz większe grupy pielgrzymów, rozmawiamy o Polsce, o Polakach oraz o ich własnych planach. Ona jest lekarzem, on informatykiem – oboje to bardzo inteligentni młodzi ludzie, którzy rozważają możliwość zamieszkania za granicą. Czy i kiedy sytuacja w naszym kraju wreszcie się zmieni i ludzie, którzy chcą coś osiągnąć w życiu, nie będą musieli emigrować? Dla mnie – człowieka, który urodził się, wychował, wykształcił i podjął pracę zawodową w czasach PRL-u i widział wszystkie zmiany, które miały miejsce przez ponad trzy dekady – to bardzo przykre i smutne.

Przez te 32 lata mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby osiągnąć wyższy poziom rozwoju i zwalczyć korupcję, cwaniactwo, zorganizować efektywny system opieki zdrowotnej, sprawny system edukacji i wydajny system sądowniczy. Ale jak widać, lepiej jest inwestować w ogłupianie ludzi, którzy jak posłuszne baranki pójdą do urn, bo ktoś im coś obieca, zamiast w tych, którzy wnoszą konkretne wartości w życie społeczne. Zresztą, szkoda słów. Nie po to jestem tutaj, aby rozważać kwestie, które są oczywiste.

Zatrzymujemy się w barze, w którym oni zamawiają coś do picia, a ja porządny wegański lunch, jeden z wielu, które są jest tutaj dostępne. Potem ruszają w dalszą drogę, bo goni ich czas, a ja zostaję na mały odpoczynek. Mnie się już nie spieszy, bo wiem, że zdążę i do Santiago, i na samolot, i na szkolenie, które przeprowadzę 13 lipca.

Rozdział VIII “Finis corona opus”

Wychodzę z albergue po 9:00 rano i idę do biura, w którym wydają certyfikaty. Na miejscu stoi spora kolejka, w której – jak się okaże – będę stał ponad półtorej godziny! W tym czasie za mną formuje się jeszcze dłuższy ogonek. Początek dnia był słoneczny, ale niebo chmurzy się i robi się naprawdę zimno. Stoję w sandałach, bez skarpet, i w T-shircie z krótkim rękawkiem. Cały się trzęsę z zimna. Dobrze, że nie założyłem krótkich spodenek, bo nie wiem, co bym zrobił. Nie mogę nawet iść po kawę, bo w pobliżu nie ma baru i obawiam się, że stracę miejsce w kolejce. Zresztą zapewne kubek kawy i tak by mnie nie ogrzał.

Ktoś stwierdza, że oczekiwanie na wydanie certyfikatu jest cięższą przeprawą niż przejście Camino del Norte, które ma za sobą. Brzmi to jak żart, ale jest w tym ziarno gorzkiej prawdy. Na Camino borykamy się z własnymi słabościami, a tutaj ze słabościami systemu i ludzi, którzy w tym systemie funkcjonują. Co jest gorsze? Dla mnie odpowiedź jest jasna: to drugie, ale bez wątpienia wiele osób uważa, że jest odwrotnie.

W końcu otrzymuję upragniony certyfikat oraz drugi, potwierdzający przejście określonej liczby kilometrów. Liczba jest tak dziwnie napisana, że w sumie nie wiadomo, jaki dystans przeszedłem. Najbliżej jej do 755 kilometrów. Tylko dlaczego tyle, skoro w Roncesvalles był znak „Santiago de Compostela 790 km”? Zresztą nie powinienem być zaskoczony, bo niejeden raz mogłem się przekonać, że chyba nikt tak naprawdę nie zna długości tej drogi. Trochę to dziwne, bo w dzisiejszych czasach jej dokładne zmierzenie nie powinno stanowić kłopotu.

Po wejściu do urzędu miłe zaskoczenie: cała procedura przebiega wyjątkowo szybko i sprawnie, a pracownicy są bardzo uprzejmi i pomocni. Jestem pod wrażeniem. Zgodnie z teorią efektu świeżości szybko zapominam o marznięciu w długiej kolejce. Wychodzę z certyfikatami w garści, a ściślej mówiąc – w tubie, którą można kupić na miejscu, za 3 euro. Co prawda w sklepie naprzeciwko biura jest o euro taniej, ale dla mnie nie ma to znaczenia. Przechodząc obok kolejki, widzę z daleka Annę z Madrytu i kilka osób z jej grupy, ale stwierdzam, że nie będę do nich podchodził, bo to nie ma już sensu. Jednak to ich pojawianie się i znikanie nadaje naszym spotkaniom jakiś dziwny, inny wymiar. Skręcam w pierwszą ulicę i udaję się w stronę katedry.

Msza rozpoczyna się za godzinę, a katedra jest zamknięta. Znów? Jak się dowiaduję od pracownika ochrony, wynika to z braku miejsc. Nie można wypełnić ludźmi całej katedry, ponieważ musi być zachowana między nimi przepisowa odległość. Jestem w Hiszpanii, a nie w Polsce, w której obywatele nie przejmują się obostrzeniami. Przecież Polak zawsze znajdzie sposób, aby ominąć przepisy, bo to nasz sport narodowy.

(…)

Ponieważ moja pielgrzymka jest zakończona, z Santiago do Lavacolla podróżuję autobusem. Na miejscu okazuje się, że albergue funduje dojazd na lotnisko. To ogromne ułatwienie. Mogę pospać dłużej i nie będę musiał iść z plecakiem o 4:00 rano, w ciemnościach.

Robię porządek w plecaku i pozbywam się niepotrzebnych rzeczy. Potem wychodzę na pożegnanie z Camino. Idę w kierunku, z którego przyszedłem. Przeżywam przy tym coś, czego ani nie planowałem, ani się nie spodziewałem. Słyszę rozmowy ludzi, piosenki i naszą rozmowę z Marią z Murci. Dźwięki są tak wyraźne, że chwilami oglądam się za siebie, by sprawdzić, czy przypadkiem ktoś za mną nie idzie. Nie, nie mam żadnych omamów ani nie jestem chory na schizofrenię. Te głosy są zamknięte w mojej pamięci i teraz pod wpływem skojarzeń zaczynają budzić się we wspomnieniach. To niezapomniane, wyjątkowe i przyjemne przeżycie.

Dzień chyli się ku końcowi i budynki oraz kamienne płoty oświetlane są poprzez różowo-pomarańczowe promienie zachodzącego słońca. To jedna z najpiękniejszych i najbardziej magicznych chwil, jakie dane było mi przeżyć podczas tej pielgrzymki. Mimo że już się skończyła, wróciła do mnie. Wyjeżdżając z Santiago, byłem pewien, że to koniec mojej przygody, ale rzeczywistość po raz kolejny mnie zaskoczyła. Może dlatego, że pozwoliłem, aby to Droga mnie prowadziła, a nie na siłę wpływałem na jej bieg.

Wprost cisną mi się na usta słowa Krzysztofa Kolumba, które wspominałem w Belorado, leżąc przy basenie i sącząc piwo: La vida tiene más imaginación que la que llevamos en nuestros sueños. Czy to znaczy, że jeszcze coś mnie zaskoczy przed powrotem do kraju? Raczej jest to niemożliwe, bo już jutro będę w domu. Tak piękne widoki aż zachęcają do tego, żeby je uwiecznić. Robię więc kilka zdjęć na pamiątkę i nakręcam krótki film, który jak wiele rzeczy na Camino jest w pewnym sensie symboliczny. W tym przypadku symboliczne jest jego zakończenie, bowiem nagrywając film, trafiam w miejsce, gdzie zabłądziliśmy wraz z Marią i musieliśmy pytać o drogę.

Słońce kładzie coraz dłuższe cienie, kolory z różowo-pomarańczowych zmieniają się powoli we wrzosowe. Zatrzymuję się w restauracji, w której pytaliśmy o drogę. Zamawiam kieliszek orujo i siadam przy stoliku.

(…)

Powoli zaczyna robić się ciemno, wracam więc do albergue i kładę się spać. Dzielę pokój z dwoma mężczyznami, którzy na szczęście nie chrapią, więc istnieje szansa na to, że się wyśpię, mimo że przede mną krótka noc. Zasypiam… Dziękuję Ci, Camino. Jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Może wybiorę inny szlak, ale wrócę tutaj, bo życia się nie wybiera, życie się przeżywa…

Ale jak się później okazało, to jeszcze nie był koniec mojej przygody..

W sprawie zakupu ebooka pisz: arek.vegetest@gmail.com 

____________________________________________________________________________________________________________

  • Opcje:

    • Ebook: 37 zł.
    • Książka drukowana dostępna na indywidualne zamówienie w cenie: 59 zł.

____________________________________________________________________________________________________________

Inne wegańskie produkty

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.